Archiwum kategorii: Opowieści

Fragment Opowieści Kleryka

W zachodnich Włoszech każdy ujrzeć może,
Jak u stóp góry Monte Viso leży
Bujna równina bogata we zboże;
Mnóstwo miast liczy i wysokich wieży
Wzniesionych niegdyś przez mężnych rycerzy.
Wiele uroków ma ta ziemia żywa,
Która lud z dawna Saluzzo nazywa.

Markiz tym krajem władał dawno temu,
Tak jak przodkowie jego też władali;
Na jego rozkaz i posłuszni jemu
Byli wasale i wielcy, i mali;
Żył więc szczęśliwy wśród swoich wasali,
U ludu budząc w całym swoim kraju
Tak strach, jak zachwyt — wedle obyczaju.

Jeśli ciekawią kogo rodowody,
Ze szlacheckiego w Lombardii był dworu.
Mężczyzna silny, przystojny i młody,
Znał kurtuazję i wagę honoru.
Władca dyskretny, stroniący od sporu.
Miał jakieś wady, ale nie olbrzymie.
Walter natomiast było mu na imię.

Wadę miał taką, że w żadnej godzinie
Nie myślał w porę o tym, co się stanie,
Lecz o bieżące dbał chęci jedynie
I z sokołami lubił polowanie;
Miał inne troski, lecz nie zważał na nie.
Najgorsze, że się żadną nie dał siłą
Do ślubu zmusić, choćby się waliło.

O to lud tylko miał żal ze swej strony,
Aż na dwór wtargnął — istna zawierucha.
Jeden z obecnych najbardziej uczony
Lub komu chętnie pan nadstawi ucha
I głosu ludu z jego ust wysłucha,
Lub kto przedstawi sprawę znakomicie,
Rzekł markizowi, co wnet usłyszycie.

„Zacny markizie, dzięki życzliwości
Waszej, nie mamy żadnych obaw wcale,
By kiedy tylko potrzeba zagości,
Przyjść i przedstawić wam prośby czy żale.
Szlachetny panie, przyjmijcie w swej chwale,
O co serdecznie dziś proszą was tłumy.
Słów mych nie bierzcie za ujmę dla dumy.

Choć zrobić więcej nie mogę w tej sprawie,
Niż kto bądź inny, co tu stoi w rzędzie,
Pan mój mnie jednak traktuje łaskawie
I moje dobro ma zawsze na względzie.
O chwilę proszę, jak pan wolny będzie,
Bym nasze prośby mógł przedstawić panu,
A pan postąpi według swego planu.

Tak uwielbiamy was my, ludzie prości,
A z wami każde wasze dokonanie,
Że nic nam więcej nie sprawi radości,
Jak ta rzecz jedna, która to się stanie,
Gdy taka będzie wasza wola, panie,
Żebyście chcieli kogoś wziąć za żonę,
A serca ludu będą ukojone.

Ugnijcie szyję, jak inni mężowie,
Pod błogim jarzmem władzy, a nie służby,
Co lud mariażem lub małżeństwem zowie,
W mądrości swojej pomyślcie też, któż by
Mógł czasu znaki zatrzymać i wróżby.
Na własne tylko bacząc obyczaje,
Czas ciągle biegnie i nigdy nie staje.


Fragment Opowieści o Sir Topazie

Przez las dziewiczy Sir Topas pociska,
W lesie tym dzikie się kryją zwierzyska
                I byka masz tam, i zająca.
Gna gdzie popadnie, miecz mu cały błyska,
Zdarzyła mu się tragedia tam bliska
                I mówię wam, przerażająca.

Małe i duże pachniały tam zioła:
Słodka lukrecja i cytwar dokoła,
                I liczne goździków czuprynki,
Muszkat wilgotny, co gawiedź wesoła
Daje do piwa czy suchy też zgoła
                Niektórzy wkładają do skrzynki.

Każdy ptak śpiewał czy duży, czy mały,
Kwilił chór papug i wróble ćwierkały
                Melodię wesołą, donośną;
Drozd swoje trele wydawał dzień cały,
Grzywacz też śpiewał na drzewie tam śmiały
                Wyraźnie a przy tym też głośno.

Tak Sir Topaza śpiew drozda omami,
Że aż zapragnie, mówiąc między nami,
                Zakochać się mocno bez zwłoki.
Konia, jak dzikus, więc spiął ostrogami,
Pot byście z konia wykręcali sami,
                A jeszcze krwawiły mu boki.

W końcu Sir Topaz był strasznie zmęczony
Tym pociskaniem przez las ten zielony,
                Bo nie brak mu było kurażu,
Więc się położył; ze swojej też strony
Konia wypuścił na leśne zagony,
                By sobie naskubał furażu.

„O Mario święta, błogosław, bo po mnie!
Czemu mnie miłość ta męczy ogromnie,
                A ból się i rany nie goją.
Śniła wszak mi się w noc wczoraj przytomnie
Elfów królowa, że leży koło mnie
                I wierną kochanką jest moją.

Elfów królowej jedynie chcę ładnej,
Nie ma dziewczyny na świecie tym żadnej,
                Co by dla mnie partią była
                                               Tutaj tej godziny,
Chociażby kobiet błagała mnie siła.
Elfów królowo, do ciebie ja, miła,
                Podążę przez góry, doliny!”

Dosiadł więc konia i pędzi przez głazy,
Mknie przez zarośla i strome przełazy.
                Elfów królowej on szuka jedynie,
Konno i pieszo pobłądził sto razy,
Wkońcu zobaczył zakątek bez skazy
                W baśniowej wróżek krainie,
                                               Co dziką jest i błogą.
Choć nikt doń żadnej nie chował urazy,
To nie zabrzmiały powitań wyrazy
                Od kobiet, dzieci, nikogo.

Nagle spotyka wielkiego giganta.
Gigant ten imię miał Sir Olifanta
                I sławę groźnego łajdaka.
Gigant rzekł: „Synku, o na Termaganta [1],
Jak stąd nie znikniesz, to ja tego franta,
                Tego twojego rumaka
                                               Zatłukę maczugą.
Baśni Królowa, co pełna jest wdzięków,
Pośród fujarek i harf różnych dźwięków
                Mieszka tutaj długo”.

Synek mu odrzekł: „Ja przysiąc ci mogę,
Jutro tu znowu postawię swą nogę,
                Pod zbroi stalowej osłoną.
Kiedy zjawię się ze zbroją,
Lancę ty skosztujesz moją
                I zapłacisz słono.
                                               Brzuch twój i szyję,
Zanim świt minie, me ciosy rozdwoją,
Rany się twoje nigdy nie zagoją,
                Bo ja cię zabiję”.


[1] Bóstwo, które (jak podają średniowieczne romanse europejskie) saraceni obdarzali czcią. Zob. Skeat, Notes to the Canterbury Tales, The Complete Works of Geoffrey Chaucer, Oxford: Clarendon Press, 1894, s. 191.

Fragment Opowieści Mnicha

De Hugelino, Comite De Pize [1]

A Ugolina, co w Pizie był grafem,
Los tak zły spotkał, aż się mówić boję.
Wieża pod Pizą stoi; podłym trafem
W jej w lochach życie graf zakończy swoje,
A z nim tak samo jego dzieci troje.
Najstarsze z nich ma zaledwie pięć latek.
O losie! Straszne są zrządzenia twoje:
Takieś ptaszyny do takich dał klatek!

W takim więzieniu śmierć ich tylko czeka.
Ruggieri, biskup pizański, tak śmiało,
Ale fałszywie, oskarżył człowieka.
Ludność podburzył przeciw niemu całą.
Grafowi z Pizy dano celę małą;
Wody miał tyle, że już mniej się nie da.
Jedzenia również mu ledwie starczało,
A nędzne było do tego jak bieda.

Tak się zdarzyło kiedyś w tej godzinie,
Gdy strawa miała być znowu gotowa,
Drzwi wieży zamknął więziennik jedynie;
Graf to usłyszał, lecz nie rzekł ni słowa.
Myśl mu się w sercu pojawiła nowa:
„Chcą mnie zamorzyć! Biada mi, że żyję!”
I zasmuciła go bardzo myśl owa,
Aż łzy mu z oczu spłynęły na szyję.

A syn najmłodszy, który miał trzy latka,
Do ojca mówi: „Czemu płaczesz tato?
Kiedy jedzonko będzie?”, pyta tatka,
„Kawałka chleba czy nie masz pod matą?
Bo głodny jestem, nie poradzę na to,
Aż spać nie mogę, a spać mi potrzeba;
W śnie wiecznym żyłbym ja sobie bogato
I głodu nie znał. Ja tylko chcę chleba”.

Dzień w dzień dzieciątko żałośnie płakało,
Aż przytuliło się tacie do łona,
Mówiąc: „Umieram, życia we mnie mało”.
Ojca całuje; w dniu tym samym kona.
Ojciec z rozpaczy aż gryzie ramiona,
Kiedy popatrzy na swe martwe dziecko,
Krzycząc: „Fortuno, podła i szalona,
Tyś mnie w niedolę wpędziła zdradziecko!”.

A dzieci w końcu, kiedy to spostrzegą,
Że ręce gryzie z głodu nie z żałości,
Mówią mu: „Tato, tato, nie rób tego!
Niech nasze ciało tato zje, nie pości!
Wszak dał nam ojciec ciało oraz kości.
Jedz nas do syta!” i do jego łona
Tuli się każde, miejsce sobie mości,
Gdzie w ciągu dnia lub dwu dni z głodu skona.

Sam również z głodu umiera w rozpaczy;
Takie to grafa ostatnie są chwile.
Z wielkich zaszczytów fatum strącać raczy.
O tej tragedii powiem tylko tyle.
Gdy kto chce więcej wiedzieć, radzę mile,
Aby poczytać, co Dante opowie,
Gdyż ten poeta włoski niezawile
Mówi i prawdę w każdym widać słowie.


[1] De Hugelino, Comite De Pize (łac.) — O Ugolinie, hrabi pizańskim

Hrabia Ugolino — pochodził ze starożytnej familii pizańskiej hrabiów della Gherardesca. Będąc podestą i naczelnikiem siły zbrojnej w Pizie, podniósł tę rzeczpospolitą do szczytu potęgi i sławy; potem gdy przegrał bitwę morską z genueńczykami, dla podtrzymania dawnej potęgi swojego kraju wiązał się traktatami z Florencją, której wskutek wzajemnej umowy kilka mało znaczących zamków ustąpił. Zazdrosny jego władzy, a więcej jeszcze sławy długoletnim rządem Ugolina nabytej, arcybiskup Rugieri posądził go o zdradę stanu; potem wsparty współdziałaniem hrabiów Gwalandi, Lafranki i Sismondi ze zbuntowanym ludem natarł na straż przyboczną Ugolina, uwięził go z dwoma synami i dwoma wnukami, a wszystkich zamknął w wieży na placu zwanym Degli Anziani. Bramę więzienia zamurowawszy, klucze od niej kazał wrzucić w rzekę Arno. Wieża ta od głodowej śmierci Ugolina nosi nazwę Wieży głodu. Było to 1289 r.”

Zob. Przypis 1., w: Boska Komedja Danta Alighieri, Niccolò Giosafatte Biagioli i Karl Streckfuss (red.), Julian Korsak (tłum.), Warszawa: Orgelbrand, 1860, s. 282.

Fragment Opowieści Chaucera o Melibeuszu

Melibeusz odpowiedział: „Jeśli nie pomszczę tego bezeceństwa, jakiego się wobec mnie dopuszczono, zachęcę tych, którzy się tego bezeceństwa dopuścili, do wyrządzenia mi kolejnej krzywdy. Napisano przecież: »Jeśli dawnego bezeceństwa nie pomścisz, zachęcisz nieprzyjaciół do wyrządzenia nowej krzywdy«. Ludzie wyrządzą mi taką krzywdę przez to moje strapienie, że jej nawet nie zniosę; w taki oto sposób stanę się przedmiotem pogardy. Ludzie mówią: »W wielkim cierpieniu przydarzą ci się rzeczy, których więcej nie będziesz już mógł ścierpieć«”.

„Owszem”, mówi Prudencja, „przyznaję, że zbyt wiele cierpienia, to nic dobrego, ale nie jest przecież tak, że każdy, kto doświadczył krzywdy, mści się na winowajcy, gdyż odwet należy wyłącznie do sędziów, którzy powinni pomścić bezeceństwa i urazy. Dlatego też dwa uprawnienia, o których wspomniałeś wcześniej, dotyczą tylko sędziów, gdyż jeśli pozwalają oni na to, by wiele krzywd i bezeceństw uchodziło złoczyńcom na sucho, nie tylko zachęcają ludzi do wyrządzania krzywd, ale wręcz zalecają krzywdzić. Mędrzec mówi, że: »sędzia, który nie daje grzesznikowi nauczki, zaleca i nakazuje mu grzeszyć«. Sędziowie i władcy mogą w kraju tolerować tak wielu łotrów i złoczyńców, że przez tę tolerancję urosną oni z czasem w siłę, po czym usuną sędziów i władców z ich stanowisk, a na koniec odbiorą im panowanie.

Ale załóżmy, że wolno ci się zemścić, to mówię ci, nie masz takiej siły ani władzy, aby móc się teraz zemścić. Jeśli bowiem porównasz swą siłę z siłą nieprzyjaciół, zauważysz, że ich sytuacja w wielu kwestiach, które ci wcześniej przedstawiłam, lepsza jest od twojej. Dlatego mówię ci, że dobrze zrobisz, znosząc to wszystko cierpliwie.

Ponadto wiesz doskonale, że jak głosi porzekadło, »szaleństwem jest stawać do walki z nieznajomym lub silniejszym od siebie; kto zaś staje do walki z równym sobie, czyli z kimś tak silnym jak on sam, zmierza ku zgubie; a stawanie do walki ze słabszym, to głupota«. Dlatego należy unikać walki, kiedy to tylko możliwe. Salomon mówi: »Chwała temu, który stroni od zgiełku i walki«. Jeśli zaś tak się zdarzy, że ktoś silniejszy od ciebie wzbudzi w tobie gniew, spróbuj raczej i postaraj się uciszyć w sobie wzburzenie, zamiast dokonywać odwetu. Seneka mówi, że: »wielką zgubę ściąga na siebie ten, kto staje do walki z potężniejszym od siebie«. Katon zaś mówi: »Jeśli ktoś wyższego stanu lub wyżej postawiony czy też silniejszy od ciebie zdenerwuje cię lub rozgniewa, daruj mu; ten, który cię raz rozgniewał, może bowiem innym razem wybawić z opresji i udzielić pomocy«. Załóżmy jednak, że masz zarówno siłę, jak i przyzwolenie, aby się zemścić, to mówię ci, że wiele jest rzeczy, które powinny cię odwieść od dokonania odwetu i nakłonić do cierpliwego znoszenia tego, co ci się przytrafiło. Po pierwsze, zechciej rozważyć przywary, jakie sam posiadasz, a za które Bóg wystawia cię na próbę i każe ci znosić cierpienia, jak już wcześniej wspomniałam. Poeta mówi: »Należy cierpliwie znosić próby, na jakie jesteśmy wystawieni, kiedy się nam wydaje i kiedy uważamy, żeśmy sobie na nie zasłużyli«. Święty Grzegorz mówi, że: »kiedy kto rozważy dobrze liczbę własnych przywar i grze-chów, wtedy cierpienia i próby, jakie musi znosić, zdają mu się lżejsze, a im bardziej własne grzechy wydają mu się cięższe i poważniejsze, tym bardziej jego cierpienia wydają mu się lżejsze i łatwiejsze«. Powinieneś również nakłonić swe serce do tego, aby było tak cierpliwe, jak nasz pan Jezus Chrystus, o czym święty Piotr pisze w listach: »Jezus Chrystus cierpiał za nas i dał przykład każdemu, aby za Nim podążał; nigdy bowiem nie zgrzeszył i nigdy złe słowo nie padło z Jego ust; a kiedy Go ludzie przeklinali, On ich nie przeklinał; a kiedy Go ludzie bili, On im się nie odgrażał«. Również wielka cierpliwość, którą święci, co są dzisiaj w raju, pokazali, będąc wystawiani na próby, które niezasłużenie znosili w cierpieniu, choć byli bez winy, powinna wzbudzić w tobie taką samą cierpliwość. Powinieneś zmusić się do cierpliwości również dlatego, że próby, jakich zaznasz na tym świecie, trwają tylko chwilę i szybko przemijają, a radość, jaką człowiek znajduje w cierpliwym znoszeniu prób, na jakie został w tym świecie wystawiony, trwa wiecznie, o czym apostoł mówi w liście: »Radość Boga jest wieczna«, czyli nigdy się nie kończy. Daj się również przekonać i uwierz z całej siły, że nie jest dobrze wychowany ani dobrze wykształcony ten, kto nie ma cierpliwości i kto cierpliwości nie zaakceptuje. Salomon mówi, że: »zasady i mądrość człowieka poznać można po jego cierpliwości«. W innym miejscu mówi, że: »ten, kto jest cierpliwy, kieruje się wielką roztropnością«. Ten sam Salomon mówi: »Człowiek gniewny i zajadły robi wiele hałasu, a człowiek cierpliwy uspokaja go i ucisza«. Mówi też: »Lepiej być cierpliwym, niż silnym, a ten kto panuje nad własnym sercem, zasługuje na większy podziw, niż ten, kto siłą zdobywa wielkie miasta«. Dlatego mówi w liście święty Jakub, że »cierpliwość to wielka cnota doskonałości«”.

„Oczywiście”, mówi Melibeusz, „przyznaję, pani Prudencjo, że cierpliwość to wielka cnota doskonałości, ale nie każdy może się poszczycić doskonałością, jakiej szukasz; ja też nie zaliczam się do ludzi doskonałych, gdyż nie zaznam spokoju w sercu, dopóki się nie zemszczę. Chociaż wielkim niebezpieczeństwem dla mych nieprzyjaciół było dopuszczenie się wobec mnie bezeceństwa i wzięcie na mnie odwetu, to jednak nie zważając na swą zgubę, spełnili swój podły zamiar, który mieli w sercu. Dlatego uważam, że nikt nie powinien mieć mi tego za złe, chociaż narażę się na niewielkie niebezpieczeństwo, iż zamierzam się zemścić, mimo że dopuszczę się wielkiego naruszenia, czyli pomszczę jeden rozbój drugim”.

„A!”, mówi pani Prudencja, „postrzegaj swój za-miar, jak ci się podoba, ale absolutnie w żadnym wypadku nie należy dokonywać rozboju czy naruszenia, aby się zemścić. Kasjodor mówi, że: »takie samo zło czyni ten, kto mści się rozbojem, jak ten, kto dokonuje rozboju«. Dlatego powinieneś mścić się w sposób należyty, czyli tak, jak nakazuje prawo, a nie przez naruszenia i rozboje. Poza tym, jeśli pomścisz wrogi rozbój w sposób inny, niż słuszność nakazuje, zgrzeszysz; dlatego Seneka mówi, że: »nie będziesz nigdy łotrostwa mścił łotrostwem«. Jeśli mówisz, że słuszność wymaga od człowieka, aby przemocą bronił się przed atakiem przemocy, a walkę odpierał walką, to z pewnością masz rację, kiedy obrona występuje natychmiast bez odstępu w czasie i bez opieszałości czy opóźniania w celu obrony, a nie po to, by się zemścić. Należy również zachować umiar w obronie, aby nikt nie miał żadnego powodu obwiniać tego, który się broni, o nadużycie czy rozbój; inaczej byłoby to sprzeczne z rozsądkiem. Wybacz, ale wiesz przecież, że nie stajesz teraz do obrony, lecz szykujesz się do odwetu, a co za tym idzie, nie masz zamiaru postępować z umiarem. Dlatego uważam, że cierpliwość jest rzeczą dobrą. Salomon mówi, że: »kto nie jest cierpliwy, tego czeka wielkie nieszczęście«”.

Fragment Opowieści Sługi Kanonika

Kiedy się topią na ogniu metale,
Mój pan, nikt inny, dogląda ich stale
(Teraz go nie ma, powiem to bez strachu),
Gdyż, jak to mówią, zna się na tym fachu,
Ale choć ludzie zwą go specjalistą,
Winę ponosi czasem oczywistą.
Zdarza się bowiem, no cóż trudna rada,
Że kocioł pęka i wszystko przepada.
A metal wtedy tak jest rozhulany,
Że mu oporu nie stawiają ściany,
Chyba że z wapna będą i kamienia.
Wystrzela z kotła i bez ostrzeżenia
Ścianę na wylot przebija swym lotem.
Kawałki w ziemię powsiąkają potem,
A kiedy metal tak się jedna z gruntem,
My się z niejednym rozstajemy funtem.
Trochę metalu spada na podłogę
Lub na dach wleci, co zaręczyć mogę.
Choć się na oczy nie pokaże licho,
Bez przerwy czyha na nas bestia cicho.
Wierzcie, że nawet atmosfera piekła
Nie bywa bardziej gorąca i wściekła.
Kiedy nam kocioł na ogniu rozrywa,
Apokalipsa się dzieje prawdziwa.
Ktoś mówi: „Ogień źle był rozniecony”.
Inny: „A gdzie tam! Miech był nie z tej strony”
(Tego się bałem, bo to na mej głowie).
„Bzdury gadacie”, trzeci się wypowie,
„Źle się po prostu z ogniem obchodzili”.
„Nie!”, czwarty na to, „stulcie pysk w tej chwili!
I posłuchajcie: nie wyszła im sztuka,
Gdyż nie użyli na ogień drew z buka”.
Nie wiem, co było wypadku przyczyną,
Ale się pasztet nam niezły rozwinął.

Fragment Opowieści Zarządcy

Alan, żak pilny, posłyszy to granie,
Jana potrąci i spyta: „Śpisz, Janie?”
Słyszał ty kiedy, coby to tak grali?
Co za kompleta [1] na tyj naszyj sali?
Niech ich szlag trafi. Tak drynczyć człowieka.
Najgorszy kóniec niech ich jasny czeka.
Tyj nocy długij ja oka nie zmruża,
Ale nagroda moja byndzie duża,
Janie”, powiada, „ taka u mje heca,
Że jak dam rady, to dziewka przeleca.
Wszak przewidziana prawem kompensacja,
Bo taka, Janie, to je prawna racja:
Gdy człowiek szkody dozna w jednyj mierze,
Gdzie indzij tedy pokrycie łodbierze.
Ziarno nam skradli, na Boga, bez kitu,
I dzień my mieli niełatwy od świtu,
A że mje żaden nie zapłaci za to,
Ona łostanie mi rekompensatą.
Jak Bóg mi świadkiem, tak zara się stanie”.

Na to Jan powie: „Uważaj, Alanie,
Młynarz do miłych nie należy ludzi.
Co jak się ze snu łon nagle łobudzi?
Pokiereszuje nas obu, że kto wie!”

„Może mi skoczyć”, Alan mu odpowie.
Wstał i do łóżka podążać zaczyna,
W którym głęboko na wznak śpi dziewczyna,
Aż był tak blisko, że nim go ujrzała,
Za późno było, by krzyczeć, bo cała
Już była pod nim, a on cały na niej.
Alan się bawi, ja powiem o Janie.

Przez dłuższą chwilę Jan leży bez ruchu
I sam do siebie tak się żali w duchu:
„Biada mi”, mówi, „rzecz się kiepska stała.
Powiedzieć trzeba, żech je durna pała.
Mój ziom se jakoś wyrównoł ta szkoda:
Córka młynarza z nim się pieści młoda.
Mioł ta odwaga i co chcioł do dostoł,
A jam się jak ten worek śmńeci łostoł.
Gdy o tym kiedyś poopowiadajo,
Na głupka wyjda i kogucie jajo!
I ja ryzyko podjuńć postanowia.
»Tchórz szczyńścia ni ma«, mówi treść przysłowia”.
Wstał i powoli, po chichu poczłapał
Do tej kołyski, rękami ją złapał,
Po czym postawił przy swym łóżku śmiało.

Chrapanie żony po chwili ustało,
Bo się zbudziła, gdyż ją wtedy wzięło
Już na sikanie. Gdy skończyła dzieło,
Wraca do izby położyć się, ale
Kołyski znaleźć nie potrafi wcale.
Tu i tam maca, węszy za kołyską.
„Ojacie”, mówi, „ale było blisko.
Mało do żaków co nie weszłam ci ja.
Na Benedykta, to by była chryja!”
I na przód idzie, szukając wytrwale
Kołyski, maca ręką coraz dalej,
W końcu znalazła i szczęśliwa cała,
Bo ta kołyska przy tym łóżku stała.
Gdzie jest nie wiedząc, bo noc była taka,
Wsunęła ci się spokojnie do żaka.
I leży cicho, chętnie by zasnęła,
Lecz Jan się zrywa i bierze do dzieła.
Taką robotę na niej tłucze sprawną,
Jakiej to żonka nie pamięta dawno.
Wali, harata, jak szaleniec jaki.
I tak te dwa się bawili chłopaki,
Aż trzeci kogut zaczął piać na ganku.

Alan zmęczony jeszcze o poranku,
Bo całą noc się zajmował dziewczyną,
Tak mówi: „Bywaj, ma słodka Maryno.
Dzień już był nastał i zostać nie mogie,
Lecz zawsze gdzie ja to nie pójda w drogie,
Twój jesta jako mje dola szczęśliwa”.

„No to, mój drogi, idź”, mówi mu, „bywaj!
Lecz zanim pójdziesz, powiem po kryjomu,
Że koło młyna, po drodze do domu,
Znajdziesz przy wejściu tuż zaraz za drzwiami
Placek, na który, mówiąc między nami,
Poszła ta mąka, co do was należy.
Ja sama ojcu pomogłam w kradzieży.
Niech cię Bóg dobry, mój ty skarbie, chroni”.
I tak gadając prawie łzę uroni.

Wstał więc i myśli: „Zanim słóńce wstanie,
Położa ja się na powrót przy Janie”.
I wnet kołyskie ręką w mroku znalazł.
„Na Boga”, myśli, „chyba ja źle zalazł.
Po takiej nocy to we łbie się krenci
I już mje luki się robio w pamńenci.
Dobrze, że była tutyj ta kołyska,
Bo na tym łóżku młynarz żonkie ściska”.
Idzie więc dalej, tam gdzie młynarz… O! Nie!
Kładzie się. Niechaj go piekło pochłonie!
On myślał, że się położył przy Janie,
A to młynarza wszak było posłanie.
Chwyta go wtedy za szyję i dawaj
Do niego: „Janek, ty knurzy łbie, wstawaj!
Na Chryste Pana, świntego Jakuba,
Ale to heca była w nocy luba.
Gdy ja trzy razy młynarza żechcórkie
Tam i z powrotem przelecioł przez dziurkie,
Ty wystrachany tuś leżoł kolego”.

„Ty łotrze!”, młynarz wrzasnął. „Co takiego?
„Kanalio jedna, lawirancie zgniły!
Obyś, psie, zdechnął! Jak mi Bóg jest miły.
Jak śmiesz honoru ujmować dziewczynie,
Która ma przodków tak szlachetną linię?”
Za krtań Alana chwycił więc i szyję,
A ten go wściekle łapie i w nos bije,
Zaraz krwi z nosa spływa cienka rzeka;
Po szyi płynie i po piersiach ścieka.
Temu nos krwawi, tamten dostał w ryło
I jakby tego jeszcze mało było,
Tarzają się, jak dwie świnie w bajorku,
I szamotają, jak dwa koty w worku.
W górę i na dół, to w jedną to w drugą.
Szarpie się Alan z młynarzem niedługo,
Aż tu się młynarz o kamień potyka,
Na żonę wpada od tego kamyka,
A żonka nie wie, o co bójka cała,
Bo sobie rano jeszcze trochę spała
Z tym żakiem Janem, który nie spał w nocy.
Jak się zbudziła, to strzeli jak z procy:
„Krzyżu Bromeholmski [2], ratuj w potrzebie!
In manus Tuas [3], Panie, wołam Ciebie.
Zbudź się, Szymonie. Bestia mnie napadła.
Serce rozrywa mi moc nieodgadła.
Ratunku, umrę ja zaraz, Szymonie!
Czart mi na głowie leży i na łonie.
Żaki fałszywe się biją, mój Boże!”.


[1] Kompleta to ostatnia modlitwa liturgii godzin odmawiana przed snem.

[2] Kawałek drewna uważany za prawdziwy krzyż pański. Zob. Skeat, Notes to the Canterbury Tales, The Complete Works of Geoffrey Chaucer, Oxford: Clarendon Press, 1894, s. 126.

[3] In manus Tuas (łac.) — w Twoje ręce

Fragment Opowieści Młynarza

„Pójdź precz!”, Alicja wrzaśnie. „Ty kretynie!
Jak Bóg mi świadkiem i święci uprzejmi,
Nie będziesz śpiewał tu »Całuska dej mi!«.
Kocham innego i nawet jeżeli
Moja w tym wina, to święci anieli,
Lepszy od ciebie jest on, Absalomie.
Idź, bo kamieniem cię zdzielę, ty gnomie!
I do stu diabłów, daj mi spać spokojnie!”
„Biada!” Absalom na to powie. „Oj, nie
Tak miłość miała mizerną być dla mnie.
Pocałuj wtedy mnie choć raz przynajmniej,
Przez miłość do mnie i miłość do Boga”.
„A pójdziesz wtedy, gdzie twa wiedzie droga?”,
Pyta Alicja, a Absalom na to:
„Tak, oczywiście!” i czeka pod chatą.
„To się przygotuj”, Alicja zawrzaśnie,
„Bo zaraz przyjdę, ubieram się właśnie”.
Mikołajowi zaś szepcze do ucha,
Że jeśli prośby jej teraz posłucha
I krótką chwilę milczeć się postara,
To się uśmieje wkrótce co niemiara.
A ten Absalom pada na kolana
I mówi: „Mój dziś tytuł wielce pana,
Bo więcej mnie się po tym wnet dostanie
Łask twych, ptaszyno, i względów, kochanie!”.
Alicja okno czym prędzej otwiera.
„No, dawaj!”, mówi. „Cho tu, gibko tera,
Bo jeszcze sąsiad nas który zobaczy”.
Absalom usta swe wytrzeć pierw raczy.
Noc była ciemna jak węgiel czy smoła.
W oknie siedziała dziura w dupie goła.
Pech to czy szczęście, to osądźcie sami,
Absalom dupę całował ustami,
Nie wiedząc, jakie wylizuje ciało.
Nagle odskoczył, bo mu coś nie grało:
„Kobietom brody wszak nie rosną pono!”,
A poczuł szorstką rzecz i owłosioną.
„O fuj!” powiada. „Co zrobiłem właśnie?”
„Hi, hi!”, ta zadrwi i okno zatrzaśnie.
Biedny Absalom, trochę mi go szkoda.
Zręczny Mikołaj krzyknął: „Broda, broda!
Na rany boskie, to idzie wzorowo”.
Prostak Absalom słyszał każde słowo
I przygryzając wargi swe ze złości,
Myślał: „Już ja wam porachuję kości”.
Kto trze swe usta i czyści nad ranem
Piaskiem i suknem, zrębkami i sianem,
Jeżeli nie jest to Absalom, który
„Biada mi, biada!” powtarza raz wtóry.
„Choćbym miał oddać szatanowi duszę,
To się zaklinam, powiedzieć to muszę,
Bardziej niż posiąść na własność to miasto,
Pomścić chcę blamaż z tą szczwaną niewiastą.
A mogłem głowę zwrócić w drugą stronę”.
Płomienie uczuć miał już więc zgaszone,
Gdyż po tym, jak ją całował po dupie,
Miłosne harce zdały mu się głupie,
Bo już wyleczył się on z tej choroby
I ganił miłość na różne sposoby,
Płacząc jak dziecko, co dostało lanie.
Cicho do kuźni idzie, gdzie zastanie
Pana Gerveysa, tej kuźni kowala,
Co pługi robi, które lud zachwala.
Właśnie był lemiesz ostrzył i krój pługa,
Gdy pukanina rozlega się długa,
Bo tam Absalom leciutko uderza
W zamknięte przed nim tęgie kuźni dźwierza
I mówi: „Otwórz Gerveysie w tej chwili!”
„Kto tam?” „Absalom”. „Kto? O święci mili!
Czemuś tak wcześnie, na Chrystusa rany,
Wstał Absalomie? Na co ja skazany!
Co ci dolega? Znów jakaś dziewczyna
W głowie ci mieszać, nie daj Bóg, zaczyna?
Wiesz przecież, co mam na myśli, kolego.
O na Neota w niebiosach świętego!”
Absalom jednak nie dbał o to, co się
Kowal nagada, miał to bowiem w nosie.
Nic więc mu na to nie odrzekł łaskawie,
W ważniejszej przyszedł, niż ten myślał, sprawie.
„Drogi kolego”, mówi, „krój do pługa,
Co w palenisku się żarzy i mruga,
Pożyczyć chciałbym na chwilę od ciebie,
Bo jestem w takiej ja, widzisz, potrzebie;
Muszę coś zrobić, a jak tylko zrobię,
To krój do pługa zaraz zwrócę tobie”.
„Jasne”, odpowie Gerveys, „choćby to to
Był worek srebra albo jakie złoto,
To, jakem kowal, dałbym ci, łachmyto.
Ale, u diabła, chłopie, po co ci to?”
„Tym się nie przejmuj teraz, jutro bowiem”,
Rzecze Absalom, „wszystko ci opowiem”.
Wziął krój, chwytając za skraj zimnej stali
I ku drzwiom ruszył z miejsca, w którym stali;
Aż się zatrzymał pod ścianą chałupy,
Gdzie był smakował całowania dupy.
Najpierw odkrząknął i pod oknem stanął,
Po czym zastukał, tak jak stukał rano.
„Już ja ci ptaszku”, myśli, „poświergotam”.
Alicja wtedy na głos krzyknie: „Kto tam
Tak puka znowu?