Archiwa tagu: młynarz

Fragment Opowieści Zarządcy

Alan, żak pilny, posłyszy to granie,
Jana potrąci i spyta: „Śpisz, Janie?”
Słyszał ty kiedy, coby to tak grali?
Co za kompleta [1] na tyj naszyj sali?
Niech ich szlag trafi. Tak drynczyć człowieka.
Najgorszy kóniec niech ich jasny czeka.
Tyj nocy długij ja oka nie zmruża,
Ale nagroda moja byndzie duża,
Janie”, powiada, „ taka u mje heca,
Że jak dam rady, to dziewka przeleca.
Wszak przewidziana prawem kompensacja,
Bo taka, Janie, to je prawna racja:
Gdy człowiek szkody dozna w jednyj mierze,
Gdzie indzij tedy pokrycie łodbierze.
Ziarno nam skradli, na Boga, bez kitu,
I dzień my mieli niełatwy od świtu,
A że mje żaden nie zapłaci za to,
Ona łostanie mi rekompensatą.
Jak Bóg mi świadkiem, tak zara się stanie”.

Na to Jan powie: „Uważaj, Alanie,
Młynarz do miłych nie należy ludzi.
Co jak się ze snu łon nagle łobudzi?
Pokiereszuje nas obu, że kto wie!”

„Może mi skoczyć”, Alan mu odpowie.
Wstał i do łóżka podążać zaczyna,
W którym głęboko na wznak śpi dziewczyna,
Aż był tak blisko, że nim go ujrzała,
Za późno było, by krzyczeć, bo cała
Już była pod nim, a on cały na niej.
Alan się bawi, ja powiem o Janie.

Przez dłuższą chwilę Jan leży bez ruchu
I sam do siebie tak się żali w duchu:
„Biada mi”, mówi, „rzecz się kiepska stała.
Powiedzieć trzeba, żech je durna pała.
Mój ziom se jakoś wyrównoł ta szkoda:
Córka młynarza z nim się pieści młoda.
Mioł ta odwaga i co chcioł do dostoł,
A jam się jak ten worek śmńeci łostoł.
Gdy o tym kiedyś poopowiadajo,
Na głupka wyjda i kogucie jajo!
I ja ryzyko podjuńć postanowia.
»Tchórz szczyńścia ni ma«, mówi treść przysłowia”.
Wstał i powoli, po chichu poczłapał
Do tej kołyski, rękami ją złapał,
Po czym postawił przy swym łóżku śmiało.

Chrapanie żony po chwili ustało,
Bo się zbudziła, gdyż ją wtedy wzięło
Już na sikanie. Gdy skończyła dzieło,
Wraca do izby położyć się, ale
Kołyski znaleźć nie potrafi wcale.
Tu i tam maca, węszy za kołyską.
„Ojacie”, mówi, „ale było blisko.
Mało do żaków co nie weszłam ci ja.
Na Benedykta, to by była chryja!”
I na przód idzie, szukając wytrwale
Kołyski, maca ręką coraz dalej,
W końcu znalazła i szczęśliwa cała,
Bo ta kołyska przy tym łóżku stała.
Gdzie jest nie wiedząc, bo noc była taka,
Wsunęła ci się spokojnie do żaka.
I leży cicho, chętnie by zasnęła,
Lecz Jan się zrywa i bierze do dzieła.
Taką robotę na niej tłucze sprawną,
Jakiej to żonka nie pamięta dawno.
Wali, harata, jak szaleniec jaki.
I tak te dwa się bawili chłopaki,
Aż trzeci kogut zaczął piać na ganku.

Alan zmęczony jeszcze o poranku,
Bo całą noc się zajmował dziewczyną,
Tak mówi: „Bywaj, ma słodka Maryno.
Dzień już był nastał i zostać nie mogie,
Lecz zawsze gdzie ja to nie pójda w drogie,
Twój jesta jako mje dola szczęśliwa”.

„No to, mój drogi, idź”, mówi mu, „bywaj!
Lecz zanim pójdziesz, powiem po kryjomu,
Że koło młyna, po drodze do domu,
Znajdziesz przy wejściu tuż zaraz za drzwiami
Placek, na który, mówiąc między nami,
Poszła ta mąka, co do was należy.
Ja sama ojcu pomogłam w kradzieży.
Niech cię Bóg dobry, mój ty skarbie, chroni”.
I tak gadając prawie łzę uroni.

Wstał więc i myśli: „Zanim słóńce wstanie,
Położa ja się na powrót przy Janie”.
I wnet kołyskie ręką w mroku znalazł.
„Na Boga”, myśli, „chyba ja źle zalazł.
Po takiej nocy to we łbie się krenci
I już mje luki się robio w pamńenci.
Dobrze, że była tutyj ta kołyska,
Bo na tym łóżku młynarz żonkie ściska”.
Idzie więc dalej, tam gdzie młynarz… O! Nie!
Kładzie się. Niechaj go piekło pochłonie!
On myślał, że się położył przy Janie,
A to młynarza wszak było posłanie.
Chwyta go wtedy za szyję i dawaj
Do niego: „Janek, ty knurzy łbie, wstawaj!
Na Chryste Pana, świntego Jakuba,
Ale to heca była w nocy luba.
Gdy ja trzy razy młynarza żechcórkie
Tam i z powrotem przelecioł przez dziurkie,
Ty wystrachany tuś leżoł kolego”.

„Ty łotrze!”, młynarz wrzasnął. „Co takiego?
„Kanalio jedna, lawirancie zgniły!
Obyś, psie, zdechnął! Jak mi Bóg jest miły.
Jak śmiesz honoru ujmować dziewczynie,
Która ma przodków tak szlachetną linię?”
Za krtań Alana chwycił więc i szyję,
A ten go wściekle łapie i w nos bije,
Zaraz krwi z nosa spływa cienka rzeka;
Po szyi płynie i po piersiach ścieka.
Temu nos krwawi, tamten dostał w ryło
I jakby tego jeszcze mało było,
Tarzają się, jak dwie świnie w bajorku,
I szamotają, jak dwa koty w worku.
W górę i na dół, to w jedną to w drugą.
Szarpie się Alan z młynarzem niedługo,
Aż tu się młynarz o kamień potyka,
Na żonę wpada od tego kamyka,
A żonka nie wie, o co bójka cała,
Bo sobie rano jeszcze trochę spała
Z tym żakiem Janem, który nie spał w nocy.
Jak się zbudziła, to strzeli jak z procy:
„Krzyżu Bromeholmski [2], ratuj w potrzebie!
In manus Tuas [3], Panie, wołam Ciebie.
Zbudź się, Szymonie. Bestia mnie napadła.
Serce rozrywa mi moc nieodgadła.
Ratunku, umrę ja zaraz, Szymonie!
Czart mi na głowie leży i na łonie.
Żaki fałszywe się biją, mój Boże!”.


[1] Kompleta to ostatnia modlitwa liturgii godzin odmawiana przed snem.

[2] Kawałek drewna uważany za prawdziwy krzyż pański. Zob. Skeat, Notes to the Canterbury Tales, The Complete Works of Geoffrey Chaucer, Oxford: Clarendon Press, 1894, s. 126.

[3] In manus Tuas (łac.) — w Twoje ręce

Fragment Opowieści Młynarza

„Pójdź precz!”, Alicja wrzaśnie. „Ty kretynie!
Jak Bóg mi świadkiem i święci uprzejmi,
Nie będziesz śpiewał tu »Całuska dej mi!«.
Kocham innego i nawet jeżeli
Moja w tym wina, to święci anieli,
Lepszy od ciebie jest on, Absalomie.
Idź, bo kamieniem cię zdzielę, ty gnomie!
I do stu diabłów, daj mi spać spokojnie!”
„Biada!” Absalom na to powie. „Oj, nie
Tak miłość miała mizerną być dla mnie.
Pocałuj wtedy mnie choć raz przynajmniej,
Przez miłość do mnie i miłość do Boga”.
„A pójdziesz wtedy, gdzie twa wiedzie droga?”,
Pyta Alicja, a Absalom na to:
„Tak, oczywiście!” i czeka pod chatą.
„To się przygotuj”, Alicja zawrzaśnie,
„Bo zaraz przyjdę, ubieram się właśnie”.
Mikołajowi zaś szepcze do ucha,
Że jeśli prośby jej teraz posłucha
I krótką chwilę milczeć się postara,
To się uśmieje wkrótce co niemiara.
A ten Absalom pada na kolana
I mówi: „Mój dziś tytuł wielce pana,
Bo więcej mnie się po tym wnet dostanie
Łask twych, ptaszyno, i względów, kochanie!”.
Alicja okno czym prędzej otwiera.
„No, dawaj!”, mówi. „Cho tu, gibko tera,
Bo jeszcze sąsiad nas który zobaczy”.
Absalom usta swe wytrzeć pierw raczy.
Noc była ciemna jak węgiel czy smoła.
W oknie siedziała dziura w dupie goła.
Pech to czy szczęście, to osądźcie sami,
Absalom dupę całował ustami,
Nie wiedząc, jakie wylizuje ciało.
Nagle odskoczył, bo mu coś nie grało:
„Kobietom brody wszak nie rosną pono!”,
A poczuł szorstką rzecz i owłosioną.
„O fuj!” powiada. „Co zrobiłem właśnie?”
„Hi, hi!”, ta zadrwi i okno zatrzaśnie.
Biedny Absalom, trochę mi go szkoda.
Zręczny Mikołaj krzyknął: „Broda, broda!
Na rany boskie, to idzie wzorowo”.
Prostak Absalom słyszał każde słowo
I przygryzając wargi swe ze złości,
Myślał: „Już ja wam porachuję kości”.
Kto trze swe usta i czyści nad ranem
Piaskiem i suknem, zrębkami i sianem,
Jeżeli nie jest to Absalom, który
„Biada mi, biada!” powtarza raz wtóry.
„Choćbym miał oddać szatanowi duszę,
To się zaklinam, powiedzieć to muszę,
Bardziej niż posiąść na własność to miasto,
Pomścić chcę blamaż z tą szczwaną niewiastą.
A mogłem głowę zwrócić w drugą stronę”.
Płomienie uczuć miał już więc zgaszone,
Gdyż po tym, jak ją całował po dupie,
Miłosne harce zdały mu się głupie,
Bo już wyleczył się on z tej choroby
I ganił miłość na różne sposoby,
Płacząc jak dziecko, co dostało lanie.
Cicho do kuźni idzie, gdzie zastanie
Pana Gerveysa, tej kuźni kowala,
Co pługi robi, które lud zachwala.
Właśnie był lemiesz ostrzył i krój pługa,
Gdy pukanina rozlega się długa,
Bo tam Absalom leciutko uderza
W zamknięte przed nim tęgie kuźni dźwierza
I mówi: „Otwórz Gerveysie w tej chwili!”
„Kto tam?” „Absalom”. „Kto? O święci mili!
Czemuś tak wcześnie, na Chrystusa rany,
Wstał Absalomie? Na co ja skazany!
Co ci dolega? Znów jakaś dziewczyna
W głowie ci mieszać, nie daj Bóg, zaczyna?
Wiesz przecież, co mam na myśli, kolego.
O na Neota w niebiosach świętego!”
Absalom jednak nie dbał o to, co się
Kowal nagada, miał to bowiem w nosie.
Nic więc mu na to nie odrzekł łaskawie,
W ważniejszej przyszedł, niż ten myślał, sprawie.
„Drogi kolego”, mówi, „krój do pługa,
Co w palenisku się żarzy i mruga,
Pożyczyć chciałbym na chwilę od ciebie,
Bo jestem w takiej ja, widzisz, potrzebie;
Muszę coś zrobić, a jak tylko zrobię,
To krój do pługa zaraz zwrócę tobie”.
„Jasne”, odpowie Gerveys, „choćby to to
Był worek srebra albo jakie złoto,
To, jakem kowal, dałbym ci, łachmyto.
Ale, u diabła, chłopie, po co ci to?”
„Tym się nie przejmuj teraz, jutro bowiem”,
Rzecze Absalom, „wszystko ci opowiem”.
Wziął krój, chwytając za skraj zimnej stali
I ku drzwiom ruszył z miejsca, w którym stali;
Aż się zatrzymał pod ścianą chałupy,
Gdzie był smakował całowania dupy.
Najpierw odkrząknął i pod oknem stanął,
Po czym zastukał, tak jak stukał rano.
„Już ja ci ptaszku”, myśli, „poświergotam”.
Alicja wtedy na głos krzyknie: „Kto tam
Tak puka znowu?