Archiwa tagu: młynarz

Fragment Opowieści Zarządcy

Drzwi po kryjomu otwiera od młyna
I z wolna cichcem wychodzić zaczyna,
Po czym na wszystkie rozgląda się strony,
Aż konia żaków widzi ucieszony.
Koń przywiązany tuż obok altany
Za młynem stoi. Tam młynarz udany
Idzie spokojnym i leciutkim krokiem.
A gdy się znajdzie już pod końskim bokiem,
Uzdę odwiąże (niech koń ma swobodę!),
Po czym ku bagnom, tam gdzie klacze młode,
Idzie i gwiżdże „fiu! fiu!” na konika.
A konik prędko na bagna pomyka.

Przyszedł z powrotem do młyna bez słowa
I póki mąka nie była gotowa,
Z żakami sobie miło spędzał chwile.
A gdy się mąki uzbierało tyle,
Że już do worków ją pakować trzeba,
Jan z młyna wyjdzie, i zakrzyknie: „Nieba!
Nasz kóń się zgubioł. Alan, rany boskie!
Cho no tu zara! Patrzaj, mamy troskie.
Koń dyrektora, gdzie też łon być może?”.
Jan w mig zapomniał i mąkę, i zboże,
Na nic nie patrzy i nic już nie liczy.
„Gdzie łon to pognoł!”, na cały głos krzyczy.

Żona wyskoczy, jakby z nieba spadła,
I mówi: „Koń wasz pobiegł na mokradła
Do dzikich klaczy. Tego wina cała,
Kogo to ręką tak go uwiązała.
Mocniejsze by się przydało wiązanie”.

„Biada!”, Jan mówi. „Alan, Chryste Panie,
Miecz odłóż i ja swój odłożyć mogie.
Ja, Bóg wie, gibko mam jak sarna nogie.
Dwu nam nie umknie, choby polazł w pole.
Czemuś nie zamknół ty kónia w stódole.
Co za pech, Boże, Alan ty tępaku!”

Obaj wybiegli, jakby do ataku,
Na te mokradła, Alan razem z Janem.
Gdy ich nie było, młynarz zgodnie z planem
Miarkę ich mąki zabrał i dał żonie,
„Placka mi upiecz z tego”, mówiąc do niej.
I dodał: „Myślę, że wiedzieli żacy,
Co ja im tutaj szykuje przy pracy,
A mimo tego zrobiłem ich w konia.
Niech sobie biegną, gdzie bagna czy błonia.
Tacy są mądrzy. Patrz, tam jeden leci.
A niech się bawią, wszak to jeszcze dzieci.
Łatwo go złapać nie będzie, dam głowę”.

A głupie żaki już bagien połowę
Zbiegali, wrzeszcząc: „Trzym! Stój! Bier od zadu!
Gwjizdej, a ja go sprowadza do ładu!”.
I tak go capnąć nie mogli do nocy,
Chociaż użyli wszystkich swoich mocy.
Jak już go mieli, ten im uciekł znowu.
Aż go złapali, kiedy wpadł do rowu.

Zmęczeni, mokrzy jak w deszczu zwierzaki,
Idą z powrotem dwa głupawe żaki.
„Biada”, Jan mówi, „żech je na tym świecie.
Byndo kpić sobie w łunjiwersytecie.
Ziarno skradzione. Głupkami bydemy
U dyrektora, mńendzy druhy swemy.
I to młynarza tego przeca wina!”

Tak Jan biadolił, gdy wracał do młyna,
Bajarda ciągnąc za wędzidło w pysku.
A młynarz siedział sobie przy ognisku,
Bo noc nastała, więc rady nie było,
Wracać nie mogli. Poprosili miło
O nocleg oraz o przekąskę, za co
Z własnej kieszeni mu obaj zapłacą.

Fragment Opowieści Młynarza

„Pójdź precz!”, Alicja wrzaśnie. „Ty kretynie!
Jak Bóg mi świadkiem i święci uprzejmi,
Nie będziesz śpiewał tu »Całuska dej mi!«.
Kocham innego i nawet jeżeli
Moja w tym wina, to święci anieli,
Lepszy od ciebie jest on, Absalomie.
Idź, bo kamieniem cię zdzielę, ty gnomie!
I do stu diabłów, daj mi spać spokojnie!”
„Biada!” Absalom na to powie. „Oj, nie
Tak miłość miała mizerną być dla mnie.
Pocałuj wtedy mnie choć raz przynajmniej,
Przez miłość do mnie i miłość do Boga”.
„A pójdziesz wtedy, gdzie twa wiedzie droga?”,
Pyta Alicja, a Absalom na to:
„Tak, oczywiście!” i czeka pod chatą.
„To się przygotuj”, Alicja zawrzaśnie,
„Bo zaraz przyjdę, ubieram się właśnie”.
Mikołajowi zaś szepcze do ucha,
Że jeśli prośby jej teraz posłucha
I krótką chwilę milczeć się postara,
To się uśmieje wkrótce co niemiara.
A ten Absalom pada na kolana
I mówi: „Mój dziś tytuł wielce pana,
Bo więcej mnie się po tym wnet dostanie
Łask twych, ptaszyno, i względów, kochanie!”.
Alicja okno czym prędzej otwiera.
„No, dawaj!”, mówi. „Cho tu, gibko tera,
Bo jeszcze sąsiad nas który zobaczy”.
Absalom usta swe wytrzeć pierw raczy.
Noc była ciemna jak węgiel czy smoła.
W oknie siedziała dziura w dupie goła.
Pech to czy szczęście, to osądźcie sami,
Absalom dupę całował ustami,
Nie wiedząc, jakie wylizuje ciało.
Nagle odskoczył, bo mu coś nie grało:
„Kobietom brody wszak nie rosną pono!”,
A poczuł szorstką rzecz i owłosioną.
„O fuj!” powiada. „Co zrobiłem właśnie?”
„Hi, hi!”, ta zadrwi i okno zatrzaśnie.
Biedny Absalom, trochę mi go szkoda.
Zręczny Mikołaj krzyknął: „Broda, broda!
Na rany boskie, to idzie wzorowo”.
Prostak Absalom słyszał każde słowo
I przygryzając wargi swe ze złości,
Myślał: „Już ja wam porachuję kości”.
Kto trze swe usta i czyści nad ranem
Piaskiem i suknem, zrębkami i sianem,
Jeżeli nie jest to Absalom, który
„Biada mi, biada!” powtarza raz wtóry.
„Choćbym miał oddać szatanowi duszę,
To się zaklinam, powiedzieć to muszę,
Bardziej niż posiąść na własność to miasto,
Pomścić chcę blamaż z tą szczwaną niewiastą.
A mogłem głowę zwrócić w drugą stronę”.
Płomienie uczuć miał już więc zgaszone,
Gdyż po tym, jak ją całował po dupie,
Miłosne harce zdały mu się głupie,
Bo już wyleczył się on z tej choroby
I ganił miłość na różne sposoby,
Płacząc jak dziecko, co dostało lanie.
Cicho do kuźni idzie, gdzie zastanie
Pana Gerveysa, tej kuźni kowala,
Co pługi robi, które lud zachwala.
Właśnie był lemiesz ostrzył i krój pługa,
Gdy pukanina rozlega się długa,
Bo tam Absalom leciutko uderza
W zamknięte przed nim tęgie kuźni dźwierza
I mówi: „Otwórz Gerveysie w tej chwili!”
„Kto tam?” „Absalom”. „Kto? O święci mili!
Czemuś tak wcześnie, na Chrystusa rany,
Wstał Absalomie? Na co ja skazany!
Co ci dolega? Znów jakaś dziewczyna
W głowie ci mieszać, nie daj Bóg, zaczyna?
Wiesz przecież, co mam na myśli, kolego.
O na Neota w niebiosach świętego!”
Absalom jednak nie dbał o to, co się
Kowal nagada, miał to bowiem w nosie.
Nic więc mu na to nie odrzekł łaskawie,
W ważniejszej przyszedł, niż ten myślał, sprawie.
„Drogi kolego”, mówi, „krój do pługa,
Co w palenisku się żarzy i mruga,
Pożyczyć chciałbym na chwilę od ciebie,
Bo jestem w takiej ja, widzisz, potrzebie;
Muszę coś zrobić, a jak tylko zrobię,
To krój do pługa zaraz zwrócę tobie”.
„Jasne”, odpowie Gerveys, „choćby to to
Był worek srebra albo jakie złoto,
To, jakem kowal, dałbym ci, łachmyto.
Ale, u diabła, chłopie, po co ci to?”
„Tym się nie przejmuj teraz, jutro bowiem”,
Rzecze Absalom, „wszystko ci opowiem”.
Wziął krój, chwytając za skraj zimnej stali
I ku drzwiom ruszył z miejsca, w którym stali;
Aż się zatrzymał pod ścianą chałupy,
Gdzie był smakował całowania dupy.
Najpierw odkrząknął i pod oknem stanął,
Po czym zastukał, tak jak stukał rano.
„Już ja ci ptaszku”, myśli, „poświergotam”.
Alicja wtedy na głos krzyknie: „Kto tam
Tak puka znowu?